Każdy z nas ma takie miejsca, którym przypisuje szczególne znaczenie. Wiele z nich związanych jest z okresem dzieciństwa. Dom rodzinny, osiedle, plac zabaw – centrum naszego dziecięcego wszechświata. Kiedyś my żyliśmy w tych miejscach, teraz to one żyją w nas, stanowiąc ważną część naszej tożsamości. Niektóre z nich nadal istnieją w geograficznej przestrzeni, chociaż różnie kształtowały się ich losy. Jedne zmieniły się nie do poznania, dostosowały się do nowej rzeczywistości. Inne – trwają niewzruszone, za nic mając sobie upływający czas. Są też takie, których już nie ma – niewyraźny ślad pozostał po nich jedynie w naszej pamięci.

Wszystkie te miejsca składają się na mapę sentymentalną krainy dzieciństwa. Posługując się słowami spróbuję namalować moją.

Urodziłam się w Gdańsku. Zanim poznałam lepiej inne dzielnice, moim całym światem było Brzeźno. Blok, podwórko, szkoła podstawowa – przestrzeń stanowiąca najbliższe otoczenie, „oswojona” i względnie bezpieczna. Rodzice zabierali czasem moją siostrę i mnie na spacery nad morze czy do lasu za torami, ale to było gdzieś dalej. Po latach okazało się, że „dalej” znajdowało się właściwie całkiem blisko, ale w dzieciństwie „blisko” oznaczało „w okolicy domu”. Blisko był trzepak, drabinka i piaskownica. Osiedlowe podwórko tętniło życiem do późnych godzin wieczornych. Skakaliśmy w gumę, graliśmy w Dwa ognie i Wykopańca, czyli takiego chowanego z piłką. Na trawnikach pomiędzy blokami rozkładaliśmy koce – graliśmy w karty, w gry planszowe albo bawiliśmy się w dom. Każdy koc był osobnym pokojem, wyobrażone mieszkania były więc większe niż te, w których mieszkaliśmy z rodzinami. W ziemi pod szkiełkiem chowaliśmy sekrety – kwiatki, zabawki i inne drobiazgi. W pobliskim lasku, wśród krzaków, zakładaliśmy bazy. To były „nasze” miejsca i trzeba było uważać, by dorośli lub dzieci z innych podwórek przypadkiem ich nie znalazły. Kawałek dalej był osiedlowy sklep, pod którym po zabawie piliśmy oranżadę. I dzielnicowa filia biblioteki, z której regularnie wypożyczałam książki. Moją uwagę przyciągała zawsze część przeznaczona dla młodzieży i dorosłych – nie mogłam się doczekać aż będę na tyle duża, by dowiedzieć się, jakie tajemnice kryją się na tamtych półkach. Pojazdami, które „rządziły” pod blokami były dziecięce rowery – nie było wielu samochodów i nikt nie skarżył się na problemy z parkowaniem. Tak mniej więcej wyglądała przestrzeń, w której mając kilkanaście lat spędzałam najwięcej czasu.

Ale to nie wszystko. Na Gdańsk mojego dzieciństwa składa się również miejsce pracy mojej mamy – lubiłam do niej przychodzić, bo mogłam czasem popisać na maszynie, poprzystawiać pieczątki. I miejsce pracy mojego taty – wokół budynku fajnie jeździło się na rowerze. I jeszcze działka – magiczna kraina szczęśliwości, znajdująca się w pewnej odległości od domu. Na działce odpoczywało się od codzienności, miejskiego zgiełku i obcych ludzi. Na działce zawsze można było być sobą. Pamiętam przyjemny cień, jaki w upalne dni rzucały drzewa i smak świeżego ogórka, jedzonego z solą zaraz po zerwaniu z krzaczka. Bieganie boso po trawie, w strugach ciepłego deszczu, gdy akurat złapała nas letnia burza. Bezkarnie leniwe przedpołudnia i wieczory. Pamiętam, jak jesienią jabłka spadały z jabłoni, i jak pięknie rozkwitały wiśnie i czereśnie na wiosnę. Jak złościłam się na porzeczki, że ich tyle urosło i trzeba je było potem zbierać – nie lubiłam ich nawet z cukrem, chociaż nie jestem pewna, czy kiedykolwiek naprawdę spróbowałam jak smakują. Chętnie zbierałam za to truskawki, maliny i strączki zielonego groszku. Pamiętam jak tata nakopał za domkiem ziemniaków, mama narwała koperku i na turystycznej kuchence przygotowała sadzone jajka. Żałuję, że nie dałam się namówić na taki obiad. Wtedy grymasiłam, że niedobry. Teraz dużo bym dała, żeby zjeść go razem z rodzicami. Sama narwałabym koperku. Pamiętam, jak zadzierałam głowę i przez gałęzie obserwowałam podchodzące do lądowania samoloty. Zastanawiałam się, czy fajnie jest latać, i czy ludzie, którzy siedzą w środku widzą małą kolorową kropkę wśród zieleni – mnie. Pamiętam jak nie chciałam wracać do domu, bo tak dobrze czytało mi się książki na świeżym powietrzu i jak rodzice obiecywali, że niedługo znowu przyjedziemy na działkę. Dotrzymywali słowa – przyjeżdżaliśmy bardzo często.

Dzielnicą, która zapisała się w mojej dziecięcej pamięci jest również Wrzeszcz. Uwielbiałam spacerować z Tatą wzdłuż alei Grunwaldzkiej i podziwiać wystawy sklepowe. Wysiadaliśmy z tramwaju – na wysokości skrzyżowania z ulicą Miszewskiego – i szliśmy „do góry” w kierunku ulicy Klonowej, by następnie zmienić stronę i wrócić „na dół” w okolicę ulicy Do Studzienki. Mieliśmy umowę – ja nie marudzę w sklepach, które chce odwiedzić Tata, a on czeka na mnie cierpliwie, gdy wejdziemy do zabawkowego, papierniczego czy księgarni. Zaskakujące, jak dużo radości sprawiało nam samo oglądanie towarów, szukanie czegoś, co przyciągnie naszą uwagę. Chęć posiadania oglądanych rzeczy wydawała się kwestią mało istotną. Czasem Tata kupił mi nową kasetę mojego ulubionego zespołu, książkę, notesik czy pachnące gumki do ścierania, ale nie to było najważniejsze w tych wspólnych wędrówkach. Liczyły się za to rurki z bitą śmietaną, jedzone mniej więcej w połowie spaceru. Między budynkami przy ulicy Klonowej stała budka z lodami – ja nie chciałam lodów, zawsze prosiłam Tatę o rurkę. Smakowały mi tak bardzo, że czasem nawet dostawałam dwie. Na lody chodziliśmy do lodziarni Eskimo – też we Wrzeszczu, chociaż poza trasą naszego miejskiego spaceru wzdłuż alei Grunwaldzkiej. Najczęściej zatrzymywaliśmy się tam wracając z działki. Pamiętam małe okienko w ścianie, gdzie wymieniało się pieniądze na specjalne żetony i wysoką ladę, za którą stała pani nakładająca lody. Na żetonie była informacja, za ile gałek zapłaciliśmy w okienku. Pamiętam, jak cieszyłam się, gdy podrosłam na tyle, by móc samodzielnie podać pani żeton. Tata nie musiał mnie już podnosić, żebym dosięgnęła do jej ręki. Smaków było kilka, ale ja zawsze wybierałam cytrynowy. Czasem rodzice kupowali większą liczbę gałek na wynos – zabieraliśmy je w słoiku albo w termosie. Zupełnie nie pamiętam, jak się je potem wyciągało.

Oprócz wspomnianych wyżej miejsc były jeszcze inne punkty, które w dzieciństwie odwiedzałam z rodzicami. Punkty, zawieszone gdzieś w bliżej nieokreślonej przestrzeni, do których Tata zawoził nas samochodem. Na przykład przychodnia albo jakieś gdańskie zabytki, które zwiedzaliśmy, gdy przyjechał do nas ktoś z rodziny. Przez lata poznane w różnych okolicznościach fragmenty miejskiej przestrzeni stopniowo układały się w mojej głowie, tworząc coraz bardziej spójny obraz miasta. Z czasem wszystkie „puzzle” trafiły na właściwe miejsce ukazując kompletną mapę Gdańska.

Współczesny Gdańsk różni się bardzo od Gdańska mojego dzieciństwa. Na podwórku przed blokiem, w którym nadal mieszkają moi rodzice, nie ma już dzieci. Wykopano drabinkę, zlikwidowano piaskownicę. Samochody mają teraz gdzie parkować. W lasku, w którym kiedyś mieliśmy bazę, wyrosły niedawno dwa apartamentowce. Z ostatnich pięter rozciąga się podobno piękny widok na Zatokę Gdańską – szczęśliwi będą ci, którzy go zobaczą. Działka moich rodziców przetrwała, chociaż okolica bardzo się zmieniła. Teren ogródków działkowych stanowi teraz enklawę otoczoną nowoczesnymi osiedlami i droga dojazdowa czasem się korkuje. I nie ma już warzywnych grządek, ale jest za to dużo pięknych kwiatów, wśród których rozkwita moja mama. I jest rekreacyjny trawnik, po którym nadal można biegać w deszczu. Wzdłuż alei Grunwaldzkiej nie ma już żadnych fajnych sklepów. Są banki, jest salon sieci komórkowej. Ludzie robią teraz zakupy w Galerii Bałtyckiej. Nikt już nie spaceruje wzdłuż ulicy, by oglądać witryny sklepowe. Po budce z lodami, w której kiedyś zamawiałam rurki z bitą śmietaną, nie pozostał żaden ślad.

I tylko w Eskimo, żeby dostać loda, nadal trzeba mieć zakupiony w okienku żeton.